Przekrojowo o wszystkim i o niczym!
Zakładki:
Hello z Anglii!
Hospitality Club
Moje fotki
RSS
środa, 21 lipca 2010
9. Obce języki

Praca w dziennikarstwie była moim ostatnim zajęciem przed wyjazdem do Anglii. Parę razy trafiła mi się jakaś fucha i tłumaczyłam coś z angielskiego lub francuskiego. Oba języki przydały mi się również w dziennikarstwie, w czasie wywiadów. Szkoda, że w Bratfoot nie docenia się osób dwujęzycznych. No chyba, że znają angielski i punjabi albo urdu :)

Odkąd przyjechałam do Anglii, wiele osób słysząc, że znam par języków stwierdzała, że muszę być bardzo inteligentna. Tłumaczę im zawsze, że zdolność do języków z inteligencją ma niewiele wspólnego (choć nie zaprzeczam, że mam wysokie IQ :) Tutaj panuje takie dziwne przekonanie, ale naprawdę uważam, że zdolność do języków się albo ma, albo nie. I że najłatwiej jest się ich nauczyć, jak jest się jeszcze młodym, bo teraz na przykład chciałabym się nauczyć hiszpańskiego, ale jakoś mi już nie wychodzi :) Rozumiem co prawda co nieco, ale jak chcę coś powiedzieć, to zaczynam mówić po francusku :) Te dwa języki są po prostu chyba zbyt do siebie podobne. Zresztą zbliżoną sytuację mam z rosyjskim i ukraińskim. Rozumiem trochę po rosyjsku, ale jak zaczynam mówić, to z ust wydobywa mi się ukraiński i nic nie mogę na to poradzić :)

Tak naprawdę nie znam aż tak wielu języków. Niektórzy znają więcej :) Ale jak mówię tutaj komuś, że uczyłam się siedmiu i władam czterema i to tak robi to na nich wrażenie, bo oni zwykle mówią tylko po angielsku :) I niestety bardzo często im to wystarcza. Ja natomiast oprócz polskiego znam także angielski, francuski i ukraiński w stopniu, który pozwala mi się swobodnie komunikować, a uczyłam się także kiedyś rosyjskiego, łaciny i starożytnego hebrajskiego z wokalizacją. Ale w tych językach się nie komunikuję, szczególnie, że dwa z nich są wymarłe :) Ale łacina była bardzo przydatna w nauce innych języków, szczególnie francuskiego. Hebrajski natomiast został "reanimowany" i "ożywiony", ale język, którym posługują się ludzie w Izraelu jest dużo trudniejszy, bo został pozbawiony wokalizacji, czyli zapisu samogłosek, a to sprawia, że nie potrafię się nim posługiwać. Do rosyjskiego natomiast byłam zmuszana w szkole, a nigdy nie nauczyłam się niczego pod przymusem :)

W każdym razie znajomość języków obcych wiele razy mi się przydała i sprawiła, że mogłam sobie wybrać kraj, w którym chcę mieszkać. Być może kiedyś będzie to Francja? Być może Stany Zjednoczone? Na razie jest to Wielka Brytania i mam zamiar wkrótce starać się tutaj o obywatelstwo. Tymczasem dobra znajomość przynajmniej tych trzech języków: polskiego, angielskiego i francuskiego, pozwoliła mi tu rozpocząć kolejną karierę :) Zupełnie niespodziewanie zostałam bowiem nauczycielką polskiego! Gdyby ktoś to powiedział
parę lat temu mojej wychowawczyni-polonistce z liceum, na pewno by nie uwierzyła! :) A jednak od pięciu lat uczę w tutejszym college'u polskiego, przez dwa lata uczyłam francuskiego, a przez parę miesięcy pomagałam nawet studentom zagranicznym w ich angielskim :))) Znajomość angielskiego przydała mi się również bardzo w ukończeniu tutaj kursu dla nauczycieli i studiów magisterskich, więc na pewno warto uczyć się języków obcych! :)

Kiedy zna się jakiś język, zawsze można dzięki niemu przynajmniej dorobić. Nawet już tutaj w Anglii zdarzało mi się, że trafiał do mnie ktoś z prośbą przetłumaczenia jakiegoś tekstu i dał zarobić sumę zwolnioną od podatku :) Podobnie jest zresztą i teraz, bo od jakiegoś czasu uczę prywatnie i podobno całkiem legalnie nie płacę od tego podatku :) Zanim wyjechałam z Polski też udzieliłam paru prywatnych lekcji, ale raczej po znajomości niż za pieniądze. Jak skończyłam studia dziennikarskie i nie mogłam znaleźć stałej pracy w zawodzie, zaczęłam się zastanawiać, co jeszcze potrafię robić i doszłam do wniosku, że znam jedynie języki. Dlatego szukałam pracy, w której byłby przydatne. Niedługo przed wyjazdem do Anglii poszłam nawet na rozmowę do amerykańskiej firmy, która poszukiwała sekretarki. Byli bardzo zadowoleni z mojego angielskiego, ale niestety stwierdzili, że mam za wysokie kwalifikacje i mnie nie zatrudnili. Wtedy właśnie doszłam do wniosku, że jak już mam być sekretarką, to wolę nią zostać w Anglii i przynajmniej zarabiać trzy razy więcej :) I tak też zrobiłam :) I nie żałuję :)


  

Flaga Wielkiej Brytanii i Francji - krajów, w których jestem w stanie bez problemu
się porozumieć :)
poniedziałek, 28 grudnia 2009
8. Wśród gwiazd :)

Po powrocie ze Stanów długo nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Wróciłam na studia, ale po pół roku postanowiłam je rzucić i zapisałam się na wydział radiowy prywatnej szkoły "Warszawskie Centrum Dziennikarstwa".

To była świetna szkoła zawodu. Przez pierwszy semestr mojej nauki szkoła mieściła się na Nowym Świecie i było tam małe studio telewizyjne i radiowe. Zajęcia prowadzili znani dziennikarze, więc przy okazji nawiązywało się kontakty na przyszłość. Ale dla mnie najważniejszy był fakt, że wydali nam takie czerwone legitymacje dziennikarskie, które upoważniały nas do chodzenia na pokazy prasowe :) Pokazy odbywały się zawsze rano lub koło południa, zanim kino było otwierana dla widzów. Żeby dowiedzieć się, kiedy odbywają się pokazy dla dziennikarzy, trzeba było zadzwonić do TIKu, czyli Telefonicznej Informacji Kulturalnej. Teraz nikt już nie korzysta z ich usług, bo dystrybutorzy rozsyłają maile z informacjami o pokazach bezpośrednio do dziennikarzy. Nie wiem nawet, czy jeszcze istnieją, ale po jakimś czasie byłam już zaprzyjaźniona z paniami z TIKu, tak często tam dzwoniłam :) Na początku chodziłam też na wszystkie pokazy prasowe! W ten sposób mogłam obejrzeć każdy film, który wkrótce wchodził na ekrany polskich kin, w dodatku nic za to nie płacąc. Nigdy wcześniej nie byłam tak na czasie, jeśli chodzi o repertuar kinowy :))) Chociaż zawsze byłam fanką kina i nigdy nie odpuściłam żadnego Warszawskiego Festiwalu Filmowego :)

Po pierwszym semestrze szkoła przeniosła się do willi na Żoliborzu. Potem okazało się, że mieli kłopoty finansowe i tym była spowodowana ta zmiana. Ale studentom oczywiście powiedziano, że tam będziemy mieć więcej miejsca i lepsze warunki. Rzeczywiście, w piwnicy zrobiono dwa studia radiowe, w których teraz mieliśmy zajęcia. W dodatku można tam było organizować fajne imprezy :))) Wywiadów uczył nas Krzysztof Skowroński (wtedy jeszcze z Radia Zet), a pracy w studiu radiowym Paweł Sztompke (Trzeci Program Polskiego Radia). Oni mieli na mnie potem największy wpływ, a reszty wykładowców zbyt dobrze nie pamiętam - poza Pawłem Arczewskim, który uczył nas obsługi sprzętu radiowego. Niestety, po roku, czyli w połowie mojego kursu, szkołę zamknięto. Okazało się, że właściciele mieli kłopoty finansowe i to był główny powód wyprowadzki z Nowego Światu. Ale mimo to nie żałuję, że tam trafiłam, bo tak naprawdę liczyły się kontakty, które przez ten rok nawiązałam i doświadczenie, które zdobyłam, a nie papier. Widziałam, jak się pracuje w Polskim Radiu i odbyłam miesięczne praktyki w radiu lokalnym. A wkrótce dostałam pierwszą propozycję współpracy...

Na jednym z pokazów prasowych spotkałam dziewczynę, którą poznałam w Centrum Sztuki Współczesnej. Zgadałyśmy się, że szukają kogoś do działu filmowego Informatora Kulturalnego, którego niedawno z chłopakiem założyli. Był to miesięcznik i moja praca miałaby polegać na informowaniu czytelników o najbliższych premierach filmowych. W ramach moich obowiązków było też oglądanie tych filmów i od czasu do czasu pisanie większego tekstu przekrojowego lub przeprowadzenie wywiadu z twórcami. Do dziś pamiętam mój pierwszy wywiad! Z okazji premiery filmu "Lulu na moście" do Polski przyjechał pisarz Paul Auster i zdobywczyni Oscara za "Jej Wysokość Afrodyta" Woody'ego Allena, Mira Sorvino. I z nią właśnie miałam rozmawiać. Ponieważ nigdy nie umiałam rezygnować z jednej rzeczy na rzecz drugiej, tylko zawsze musiałam robić wszystko na raz, więc w noc przed wywiadem poszłam na imprezę, a po powrocie do domu w środku nocy obejrzałam jeszcze jeden film Miry. W związku z tym na wywiad poszłam blado-zielona z niewyspania, ale i tak poradziłam sobie dosyć dobrze :)

Szybko uzależniłam się od mojej nowej pracy :) Po raz pierwszy poczułam, że to jest to, co chcę w życiu robić. Jedynym problemem były płace. W Polsce nigdy na kulturę nie było pieniędzy, a więc dziennikarstwo kulturalne wiązało się z dokładaniem do tego całego interesu :) A ja musiałam przecież płacić za szkołę. Fakt, że szkoła wkrótce przestała istnieć nie wiele zmienił, bo postanowiłam w takim razie zdawać na dziennikarstwo zaoczne na Uniwersytecie Warszawskim, wychodząc z założenia, że będę płacić tyle samo, ale uniwerek przynajmniej nie przestanie z dnia na dzień istnieć, więc mam tam większe szanse skończyć studia. Tyle tylko, że te studia trwały już pięć lat, a nie dwa. Bez problemu przeszłam przez rozmowę kwalifikacyjną, prezentując moje dotychczasowe dokonania. W czasie 5 lat studiów współpracowałam z miesięcznikami "IKS", "WiK", "Kino", potem "Film"(jednorazowo, bo nie przypadliśmy sobie do gustu), potem "Dlaczego" i "Cinema", tygodnikiem "The Warsaw Voice", dziennikiem "Życie" oraz serwisami internetowymi "Valetz", "Korba", "Esensja" i "Stopklatka". Przez 7 miesięcy pracowałam też w dziale informacyjnym Radia Zet i współpracowałam z ich stronę internetową poświęconą filmom. W tym czasie przeprowadziłam ponad 50 wywiadów, z których najmilej wspominam ten z Darrenem Aronofskym przy okazji jego filmu "Requiem dla snu". A największą gwiazdą, z jaką przeprowadziłam wywiad był John Malkovich.

           

Mira Sorvino w filmie "Lulu na moście", Darren Aronofsky i John Malkovich.

PS. Do tych wspaniałych czasów, kiedy pracowałam w Polsce jako dziennikarka pewnie nie raz tu jeszcze powrócę.

7. Francuskie i amerykańskie dzieci

Po pracy w Zamku Ujazdowskim rozpoczęłam studia (pierwsze, ale nie ostatnie :) jednocześnie dorabiając jako opiekunka do dzieci.

W liceum zakochałam się w języku francuskim, co mi zostało do dzisiaj i z tego powodu często odwiedzałam Instytut Francuski - najpierw przy Rondzie ONZ, a potem w Pałacyku przy ulicy Senatorskiej (tam kręcili ostatnia scenę "Psów 2" :) I tam właśnie poznałam bardzo miłą panią, która zwróciła moją uwagę na to, że wiszą tam ogłoszenia o pracę - francuskie rodziny szukały opiekunek do dzieci. Tak zatrudniłam się u małżeństwa, które miało jednego syna, 2-letniego Benjamina. Jego ojciec był szefem jakiejś firmy, a matka nie pracowała, ale od czasu do czasu chcieli gdzieś wyjść wieczorem i wtedy do mnie dzwonili. Wynajmowali 5-pokojowe mieszkanie na najwyższym piętrze kamienicy na Chmielnej, prawie naprzeciwko kina Atlantic. U nich chyba po raz pierwszy widziałam telefon komórkowy - taki wielki, z tak zwaną "matką", czyli baterią bez której szybko się wyładowywał, więc musiał być do niej prawie cały czas podłączony :)

Rodzice Benjamina byli bardzo mili i świetnie mi się dla nich pracowało. Jeśli wracali późno do domu dawali mi pieniądze na taksówkę, a z czasem zaczęli proponować, żebym została do rana i spała w gościnnym pokoju. Wtedy po położeniu Benjamina do łóżka, mogłam wziąć kąpiel w ogromnej wannie w jednej z dwóch łazienek (w drugiej był tylko prysznic). Czasem przed snem oglądałam też telewizję, a rano dawałam Benjaminowi śniadanie, dzięki czemu jego rodzice mogli dłużej pospać. Po jakimś czasie zaczęli mnie polecać swoim znajomym, więc zaczęła do mnie też czasem dzwonić matka dwóch rozpieszczonych dziewczynek. Młodsza mogła zasnąć tylko wtedy gdy miała dwa smoczki - jeden w ustach, a drugi w ręku i budziła się od razu z płaczem, jeżeli któryś jej wypadł i nie mogła go znaleźć. A druga wyła, jak tylko zgasiłam światło, albo jeśli obudziła się i zobaczyła, że jest zgaszone, więc musiałam je zostawiać zapalone na całą noc.

Któregoś dnia ich matka wychodziła gdzieś razem z inną rodziną, więc poprosili mnie, żebym zajęła się trójką dzieci na raz. To było straszne :) Zupełnie nad nimi nie panowałam. Najwyraźniej mam złe podejście do dzieci, bo uważałam je zawsze za myślące stworzenia i traktowałam, jak ludzi, tzn. próbowałam im coś tłumaczyć, chcąc przekonać ich swoimi argumentami :) Kończyło się na tym, że właziły mi na głowę i robiły co chciały, a ja modliłam się tylko, żeby całkiem nie zdemolowały mieszkania. Najwyraźniej dzieci mnie za to lubiły i dlatego ich rodzice wciąż do mnie dzwonili :) W ten sposób można było całkiem nieźle zarobić, ale wtedy właśnie doszłam do wniosku, że cudze dzieci, za pieniądze i przez krótki czas, to jeszcze mogę znieść, ale własne, za darmo i non stop, to już raczej nie wchodzi w grę. Potem mi się to jeszcze tylko pogłębiło i pewnie stąd decyzja o tym, żeby nigdy nie mieć dzieci (choć tak naprawdę powodów jest dużo więcej :)

Po roku studiów miałam ich serdecznie dość, więc postanowiłam wziąć dziekankę i wyjechać do Stanów. Zaczęłam załatwiać sobie wyjazd przez agencję Au Pair, prosząc między innymi o referencje moich pracodawców i robiąc sobie zdjęcia z ich dziećmi :) Ale w międzyczasie okazało się, że moja ciocia, która mieszka w Stanach i jest rozwiedziona, potrzebuje kogoś, kto zajmie się jej dwoma synami, którzy byli wtedy jeszcze w wieku szkolnym. Prawo w Stanach nie pozwala zostawiać nieletnich dzieci samych w domu. Za takie wykroczenie można ukarać rodziców lub mogą im one zostać odebrane. A ciocia została właśnie sama i musiała zarobić na rodzinę. Wysłała mi więc zaproszenie, a ja złożyłam podanie o wizę. Jako studentka dostałam ją bez problemu, od razu na 10 lat! Konsul powiedział, że mam łączyć Wschód z Zachodem :) Ciocia kupiła mi bilet i ustaliłyśmy, że przyjadę do niej na rok.

Zawsze chciałam wyjechać do Stanów, ale kiedy moje marzenie wreszcie się spełniło, był to dla mnie najgorszy możliwy moment. Byłam właśnie szczęśliwie zakochana i nie chciałam wyjeżdżać. Ale pomyślałam, że z drugiej strony będzie to dobry sprawdzian naszego uczucia. I dobrze, że zdecydowałam się wyjechać, bo mój wybranek nie stanął na wysokości zadania i mimo iż obiecywał, że będzie na mnie za rok czekał na lotnisku, to już w dwa miesiące po moim wyjeździe zmienił zdanie :) A ja przynajmniej zobaczyłam kawałek Stanów i przekonałam się, jak to jest na "obczyźnie". Na początku było okropnie - po raz pierwszy zrozumiałam, co oznaczają takie słowa jak nostalgia czy nawet patriotyzm :) Tęskniłam za domem i za rodziną - za moją "małą ojczyzną". Przeżyłam kompletny szok kulturowy, ale dziś wiem, że była to dobra szkoła, dzięki której teraz nie jestem "homesick" i mogę spokojnie mieszkać sobie za granicą. Wiedziałam już po prostu, co mnie czeka, tylko tym razem byłam na to przygotowana :)

Rano wstawałam i odwoziłam chłopaków do pobliskiej szkoły. Tuż przed wyjazdem z Polski zrobiłam kurs na prawo jazdy, ale egzaminu niestety nie zdałam. Musiałam więc zrobić prawo jazdy w Stanach. Dostałam do użytku samochód, dzięki czemu mogłam trochę pozwiedzać okolicę, jak chłopaki byli w szkole. Jakiś czas później znajoma cioci, która była w ciąży spytała, czy nie chcę przejąć na pewien czas jej pracy - opieki nad niedosłyszącą panią. Zaczęłam więc 3 razy w tygodniu do niej jeździć i dzięki temu miałam więcej pieniędzy na wydatki. Starsza pani była matką jakiegoś znanego projektanta futer, którego nawet raz poznałam, jak przyjechał ją odwiedzić. Na pozostałe dni też znalazłam sobie jakieś zajęcia, zapisałam się na przykład na jazz dance w domu kultury. Zajęcia prowadziła młoda dziewczyna o polskich korzeniach, a oprócz mnie chodziły na nie dwie 40-letnie panie. Z jedną z nich, Kathy, zaprzyjaźniłam się i do dziś korespondujemy.

Moja ciocia miała głównie znajomych Polaków, więc i moi znajomi się do nich ograniczali, lub do ich urodzonych w Stanach dzieci. Jedno z nich to Beatka, z którą mam się teraz po 10 latach spotkać w Glasgow na początku grudnia :) Przyjedzie odwiedzić swoją kuzynkę, która tam studiuje. Gdyby nie Beatka na pewno dużo gorzej wspominałabym mój 7-miesięczny pobyt w Pensylwanii. Ale mimo to postanowiłam wrócić do Polski, jak tylko skończył się rok szkolny i nie zostawać nawet na wakacje, mimo iż znajomi cioci zaplanowali mi już życie w Stanach :))) Miałam się według nich ożenić z którymś z tamtejszych Polaków, zatrudnić się w którejś z fabryk i czekać na Zieloną Kartę :) Swatali mnie nawet z takim jednym Markiem. Mówili: "Nie pali, nie pije, tylko zakola ma". Poznałam go na jednej z polskich imprez. Upił się i zapalił papierosa, ale zakola rzeczywiście miał! :))) Powiedziałam im, że muszę wracać, bo mam w czerwcu egzaminy na studia.

    

Ulica Chmielna w Warszawie i znak "Pensylwania cię wita" :)

PS. Więcej o moim pierwszym pobycie w Stanach już wkrótce, gdy zajmę się tematem podróży.

6. Modeling w tzw. międzyczasie :)

Ojej, zupełnie zapomniałam, że w pewnym momencie rozpoczęłam karierę modelki! :) Poznałam nawet osobiście Wiolettę Kołakowską, czyli Wiolettę Kołek :)

Jak skończyłam liceum i zdałam maturę, zdawałam na dwa kierunki studiów - na reżyserię do Łódzkiej Filmówki i na lingwistykę stosowaną (angielski i francuski) na Uniwersytecie Warszawskim. Oczywiście nie dostałam się na żaden z tych kierunków, bo próbowałam złapać dwie sroki za ogon :) Filmówka co prawda dopuszczała do egzaminu maturzystów (kiedyś trzeba było skończyć jakieś studia zanim można było tam zdawać) ale rzadko się zdarzało, żeby któregoś przyjęli. Bardzo niemiło wspominam tamtejsze egzaminy, choć dotarłam do drugiego z trzech etapów. A egzaminy na lingwistykę okazały się równie trudne i nawet rok później jak byłam w Stanach, miałam problem z rozwiązanie ich testów kwalifikacyjnych, podobnie zresztą jak moja znajoma Amerykanka :)

Nie wiedziałam za bardzo co ze sobą zrobić i wtedy znalazłam ogłoszenie w gazecie o kursie dla modelek i modeli znanego projektanta mody (Jerzy Antkowiak) oraz modela (Rafał Młodzikowski), który zagrał w jednej ze scen "Kingsajzu" Juliusza Machulskiego :) Zajęcia z aktorstwa prowadził Jacek Rozenek, a z makijażu Gonia Wielocha. Jednym słowem same znane nazwiska. Po ukończeniu kursu, który trwał parę tygodni, zrobiłam sobie profesjonalną sesję i zaczęłam szukać pracy. Zapisałam się do paru agencji modelek (muszę powiedzieć, że niektóre były dość podejrzane) . W końcu zarejestrowałam się w agencji Gudejki i któregoś dnia do mnie zadzwonili, że mam przyjść na casting do teledysku. Spodobałam się i wylądowałam z ekipą w jakiejś willi pod Wilanowem, gdzie kręcili teledysk do nowej piosenki Pawła Stasiaka! :) Spędziliśmy tam cały dzień i dostaliśmy pizzę, ale z teledysku mnie ostatecznie wycieli :) Nieźle jednak zarobiłam :)))

Pamiętam, że poszłam też na casting na Chełmską do jakiegoś filmu. Roli nie dostałam, ale wydaje mi się, że szukali wtedy głównej bohaterki do filmu "Sara" Ślesickiego. Jedną ze scen tego filmu kręcili na sali gimnastycznej w moim liceum :) W każdym razie stanęło na tym, że wyjechałam na parę miesięcy na Śląsk, żeby popracować w księgarni wujka. I tam też zapisałam się do agencji modelek, a że zrobiłam na nich wrażenie swoim dyplomem z kursu i faktem, że mam już jakieś doświadczenie, wzięłam udział w ich następnym pokazie mody. Oprócz mnie brała w nim udział była miss nastolatek, czyli Wioletta Kołakowska właśnie :) Mam ją na zdjęciu z tego pokazu. W ogóle się przez te lata nie zmieniła :) Za pokaz też nieźle zarobiłam, ale szybko przekonałam się, że nie chcę być wieszakiem i mieć znaną twarz, tylko że chcę mieć znane nazwisko. I żeby ludzie doceniali, to co myślę, a nie jak wyglądam.

  

"Mydłem go, mydłem" czyli Kingsajz i "I'm your Man" czyli Linda i Włodarczyk jako "Sara".

wtorek, 16 października 2007
5. Sztuka jest sztuka :)

Prawie przez całe liceum gdzieś pracowałam. Chciałam w ten sposób zarobić na wycieczki, na które jeździliśmy z klasą. Przez pewien czas pracowałam więc z przyjaciółkami (z tymi samymi, z którymi zbierałam owoce latem :) w szkolnym sklepiku, ale szybko zostawiłam tą pracę, bo wciągnęło mnie "Fugazi" :) Po jego zamknięciu zostałam przez pewien czas bez pracy. Dopiero w klasie maturalnej znalazłam sobie kolejne zajęcie. Poprzez kolegę, którego znałam z "Fugazi" usłyszałam o możliwości zatrudnienia się w CSW Centrum Sztuki Współczesnej "Zamek Ujazdowski" w charakterze "ochrony galerii" :) Praca polegała w skrócie na pilnowaniu, żeby zwiedzający nie dotykali eksponatów :) Początkowo warunki pracy były znakomite. Siedziałam po prostu parę godzin w sali, do której prawie nikt nie przychodził i mogłam w tym czasie czytać książki. W takich właśnie warunkach przygotowałam się do matury. Potem, kiedy zmieniło się kierownictwo, zaczęto wprowadzać nowe pomysły - na przykład, że pilnującym nie wolno czytać w czasie pracy, a jak ktoś wejdzie, to mają wstać i mogą usiąść dopiero po wyjściu zwiedzających. Na szczęście byłam już po maturze, a co przeczytałam, to moje :)))

Poznałam tam osoby, które później miały wpływ na moje kolejne miejsca zatrudnienia (ale o tym później :) Stąd pewnie wypływało moje długoletnie przeświadczenie, że pracę znajduje po znajomości - nie tyle poprzez plecy i polecenie, co przez tzw. cynk. Przecież nigdy nie dowiedziałabym się o tej pracy, gdyby znajomy mi o tym nie powiedział! I tak było prawie zawsze. Ale wracając do Centrum Sztuki Współczesnej, to było to magiczne miejsce. To znaczy pewnie nadal jest :) Mieści się w Zamku Ujazdowskim, który mam zamiar kiedyś kupić i w nim zamieszkać :) No i oczywiście organizować super-imprezy na dziedzińcu :))) Mam stamtąd niesamowite wspomnienia. Bo i wystawy były tam niesamowite. Pamiętam, że tam po raz pierwszy grałam w snookera (stół był częścią wystawy) czy widziałam rzeźby Yoko Ono (i ją samą, gdy przyjechała na otwarcie). Najbardziej lubiłam wernisaże, na których był zawsze poczęstunek i wino :) A najbardziej nie lubiłam wystawy Romana Opałki, bo musiałam cały dzień siedzieć w sali, w której on monotonnym głosem liczył w nieskończoność (symbol upływającego czasu). Myślałam, że od tego zwariuję. Pamiętam, że wszyscy pilnujący unikali tej sali jak ognia :))) Podobnie było z filmami Józefa Robakowskiego :) Najbardziej doprowadzał nas do szału "Idę", bo bohater w nim cały czas stęka :) Wyobraźcie sobie taką męczarnię przez parę godzin! :))) Ale jak widać do dziś to pamiętam - to się nazywa sztuka! :)

       

Roman Opałka i przemijający czas oraz kadr z filmu "Z mojego okna" Józefa Robakowskiego.

W CSW po raz pierwszy zetknęłam się z dziełami Michelangelo Pistoletto, Denisa Oppenheima, Katarzyny Kozyry czy Magdaleny Abakanowicz. Do dziś pamiętam też moją ulubioną wystawę. Siedziałam w sali, w której stał tylko duży metalowy stół pokryty 4-listnymi, sklejanymi koniczynkami, a na nim stał kielich. O każdej równej godzinie przychodził kelner z pobliskiej Quchni Artystycznej, mieszał drinka, wlewał go do kielicha i odchodził. Właściwie były to dwa różne drinki - słodszy o równych godzinach, a bardziej cierpki o nierównych. Po odejściu kelnera drinka należało po prostu wypić, żeby kieliszek znów był pusty. Jeżeli nie było akurat zwiedzających, to robili to pilnujący, dlatego ta sala była bardzo popularna wśród pracowników :) Tam poznałam kolegę, z którym pojechałam na tydzień do Sankt Petersburga oraz pewną parę, z którą zaczęłam wkrótce współpracować. Po odejściu z pracy wracałam jeszcze czasem do CSW, szczególnie do Quchni Artystycznej i otwartego później Kino.LAB, w którym pokazywano niszowe filmy. Pod wpływem tego miejsca zainteresowałam się sztuką współczesną i nie unikałam też wystaw w Zachęcie. Raz nawet zatrudnili mnie tam jako tłumaczkę z francuskiego, kiedy przyjechała do nich artystka performance oszpecająca się operacjami plastycznymi. Ale to już zupełnie inna historia :)

    

Dzieła Michelangelo Pistoletto, które pamiętam z CSW - Wenus ze szmat i obraz lustrzany.

PS. Wkrótce o mojej przygodzie zawodowej z inną sztuką - z tak zwaną X Muzą, czyli z filmem :)

4. Fugazi :)

Wracając do tematu pracy - w czasach liceum rozpoczęłam kolejną karierę. A było to tak:

Pamiętam jak w pierwszej klasie poszliśmy całą szkołą na film "Nienormalni" Jacka Bławuta do kina W-Z przy ulicy Leszno 17 na Woli. Jakiś czas później kino zamknęli, ale w środku zaczęło się coś dziać. Poszłam tam kiedyś z przyjaciółką, z którą dorabiałam namawiając ludzi do wypełniania jakiś ankiet, za które płacono nam marne grosze. Wtedy już przekonałam się, że marketingowcem to nigdy nie zostanę :))) Nie mam po prostu smykałki do interesu :) W każdym razie weszłyśmy do środka i okazało się, że otwierają tam klub muzyczny "Fugazi". Ta nazwa, pochodząca z piosenki zespołu Marillion, nic mi wtedy jeszcze nie mówiła, ale dziś zarówno dla mnie, jak i dla wielu innych osób jest to nazwa najlepszego klubu lat 90-tych w Warszawie :) Weszłyśmy zatem do środka z tymi głupimi ankietami i pytałyśmy zdziwionych lekko pracowników, czy nie zechcieliby którejś wypełnić (nie pamiętam nawet, czy ktokolwiek to zrobił, ale pamiętam, że zakochałam się wtedy od pierwszego wejrzenia w jednym z nich :) Ale najważniejszy był fakt, że w ten sposób dowiedziałyśmy się o istnieniu klubu i następnym razem poszłam tam już po to, żeby zapytać o pracę :)

Po krótkiej rozmowie z jednym z czterech szefów "Fugazi", dostałam pracę przy bilardzie. Jak się później okazało szef myślał, że mam więcej lat i że jestem już pełnoletnia, a więc że można mnie oficjalnie zatrudnić, ale i tak nie pamiętam, żebyśmy podpisywali jakąś umowę. Przychodziłam po prostu do pracy, robiłam swoje, a później dostawałam za to pieniądze. Polegało to na tym, że siedziałam przy stoliku obok trzech stołów bilardowych i pobierałam pieniądze od graczy, dając im w zamian bile. Kiedy stoły były wolne, mogłam sobie za darmo na nich pograć z innymi pracownikami. Dzięki temu doszłam do takiej wprawy, że czasem ogrywałam dla zabawy zarozumiałych kolesi, którzy myśleli, że bez problemu mnie ograją :) Podobnie jak dla wielu innych osób, "Fugazi" stało się dla mnie wkrótce drugim domem. Byłam całkowicie zafascynowana tym miejscem. Przesiadywałam tam niemal całymi dniami i już nigdy później nie udało mi się znaleźć niczego podobnego do "Fugazi". Oczywiście latem nie było z tym problemu, ale jak zaczęła się szkoła, to często spałam po prostu na lekcjach lub w czasie przerw na korytarzu :)

Niestety, nic co dobre, nie trwa wiecznie. Wkrótce zaczęły pojawiać się problemy z mafią. Pamiętam, jak panowie z dużymi czerwonymi karkami zaczęli przychodzić do klubu, zamawiać coś i wychodzić nie płacąc. Któregoś dnia jeden z takich panów zaczął wymachiwać metalowym stołkiem barowym. Przyszedł z nim do sali bilardowej i uderzył w drzwi za mną. Potem wszystkim pokazywałam dziurę, chwaląc się, że zdążyłam się w odpowiedniej chwili usunąć. Jednak, kiedy pan wyciągnął broń, to uciekłam z pozostałymi na salę koncertową. Policja zjawił się oczywiście dopiero wtedy, kiedy panowie zniknęli. To był początek końca. Do dziś pamiętam tzw. stypę "Fugazi", czyli ostatni koncert i imprezę po nim. Niektórzy zabierali do domu części dekoracji na pamiątkę. Mi zostały zdjęcia i niezapomniane chwile - jak grałam sobie na perkusji, czy jak wszyscy wchodziliśmy po kolei do trumny, którą znaleźliśmy za sceną, a reszta zamykała wieko. Albo koncert "The Doors" z telebimu, czy też jak biegaliśmy po dachu kina, śpiewając na całe gardło piosenki Renaty Przemyk. Na tyłach znaleźliśmy kiedyś tysiące czarno-białych zdjęć z pokazywanych kiedyś w kinie filmów, które walały się po podłodze i po których się tarzaliśmy :)

Zdaję sobie sprawę, że w "Fugazi" kwitła sprzedaż narkotyków, ale mnie to nie dotyczyło i nigdy niczego nie widziałam na własne oczy. Poznałam za to osobiście między innymi cały Proletariat, Anię Ortodox (w damskiej toalecie :) czy Roberta Gawlińskiego, Tego ostatniego wspominam zresztą dość negatywnie. Był pijany i próbował poderwać jakąś pannę, która wolała rozmawiać ze mną o skokach z samolotu :) Moja praca bowiem tak naprawdę polegała głównie na wysłuchiwaniu ludzi, którzy chcieli się wygadać. Mieli do mnie jeszcze lepszy dostęp niż do barmana, a że zawsze lubiłam słuchać, to nasłuchałam się tam wielu opowieści z życia wziętych :) Doczekałam się też paru wyznań i oświadczyn (niestety, przeważnie od panów będących pod wpływem :) Była to wymarzona praca, mimo że zdarzały się lepsze i gorsze dni, a płaca nie była nadzwyczajna. Ale miałam za to darmowe wejście do klubu i poznałam tam ludzi, których inaczej nigdy bym nie poznała, chociażby Fisha, Podpalacza, Sztabę i Sztabkę, Wilka, Dagmarę i Magdę. Część z nich spotykałam potem w "Moskwie" na tyłach kina Moskwa, ale to już nie było to samo...

  

Kino W-Z, a potem klub Fugazi oraz nasłynniejsze zdjecie kina Moskwa ze Stanu Wojennego :)

PS. A oto fragment artykułu o otwarciu Fugazi, na którym zdaję się nie byłam. Ale szczerze mówiąc już nie pamiętam :)

10 stycznia 1992
Koncert Kultu w w nowopowstałym klubie "Fugazi Music Pub" (dawne kino WZ) w Warszawie (razem z zespołem Pokolenie)

"Koncertem grup Pokolenie i Kult rozpoczął działalność Fugazi Music Pub. O występie pierwszego zespołu, można powiedzieć językiem sprawozdawców piłkarskich: odbył się. Mają po 16 lat, młodzi, nie mam jednak przekonania, czy są przy okazji pracowici i utalentowani. Na pewno czują się jak gwiazdy i wystarcza im lokalna popularność, umacniana przez sukces, jakim jest znalezienie chętnego do wydania ich debiutanckiego longplaya (tak mówiono w kuluarach).
Odetchnąłem z ulgą, gdy na estradzie pojawiła się grupa Kult. Kibicuję ich poczynaniom od lat. Dużo się zmieniło od tego czasu. Najbardziej publiczność. W "moich czasach" (ach, jakże było wspaniale...) średnia wieku widza uczestniczącego w koncercie Kultu oscylowała w granicach roczników poborowo-studenckich. Pojawienie się na scenie Kazika i jego ekipy nie wywołało podniecenia i wypieków na twarzach. Ot, przyszli kolesie, którzy będą dobrze grali. Dla wielu byli to znajomi lub znajomi znajomych. Zimna, "Remontowa" publiczność bawiła się z Kultem na swój niepowtarzalny sposób. Całość trąciła momentami kabaretem.
Dzisiaj już samo pojawienie się na scenie Kultu wywołuje entuzjazm zgoła z czasów Beatlemanii, połączony ze skandowaniem "Kazik, Kazik!". Publiczność w porywach tylko osiąga wiek maturalny, a średnia wieku zatrzymuje się na młodszych klasach szkoły średniej. 17-letni widzowie z zachwytem chłonęli koncert, który spokojnie można byłoby zatytułować "Kult - The Greatest Hits".
Z najsłynniejszych Kultowych grań zabrakło chyba tylko "Pilotów" i "Piosenki młodych wioślarzy" (nazywanej pieszczotliwie przez Kazika obszczymurem). Zagrane w finale "Krew Boga" i "Polska" doprowadziły nastolatków do rockowej (nie mylić z techniczną) ekstazy. Teksty Kazika są wciąż aktualne i nic dziwnego, że małolaty znają je na pamięć. Nie sądzę jednak, by byli w stanie zrozumieć, o o chodzi w "Paradzie wspomnień". W próżnie trafiły też niektóre żarty muzyczne. Młodzież nie doceniła, że Kazik zaśpiewał po węgiersku przebój Omegi "Dziewczyna o perłowych włosach". Własna wersja "July Morning" i zaśpiewany po gitowsku "Dom wschodzącego słońca" odbiły się od widowni jak od ściany. Z tego powodu chyba długo nie usłyszymy "Młodych warszawiaków", bo kto dziś pamięta te czasy...
Koncert był bardzo udany, kapela jest w dobrej formie i wszystko byłoby naj, naj... gdyby nie "Marność'. Kazik nie powinien gwizdać na żywo."

Grzegorz Kalinowski, Tylko Rock, marzec 1992

poniedziałek, 15 października 2007
3. Sen zawodowy

Postanowiłam nie wracać już do tych pierwszych wakacji w Bratfoot. Zamiast tego będę tu pisać przekrojowo na jakiś temat, nawiązując do moich doświadczeń przed-angielskich :) Pierwszy temat, jaki mi się narzuca, to temat pracy.

Po raz pierwszy pracowałam zarobkowo, kiedy miałam 12 lat. W czasie wakacji razem z rodzeństwem i kuzynostwem zatrudniliśmy się przy zbieraniu truskawek. Byliśmy akurat na wakacjach w Gdańsku i postanowiliśmy zarobić parę złotych. Nasi rodzice nigdy nie dawali nam kieszonkowego, bo nie mieli po prostu na to pieniędzy, więc o każdą potrzebną nam rzecz musieliśmy poprosić. Postanowiliśmy zatem trochę się usamodzielnić, a przy okazji odciążyć rodziców. Nasz pracodawca płacił nam za ilość zebranych kobiałek i jedną jeszcze zawsze dawał do domu. Nie pamiętam nawet, na co wydałam te pierwsze zarobione pieniądze...

Po paru dniach miałam już serdecznie dosyć - bolały mnie plecy, a na truskawki nie mogłam patrzeć, nie wspominając już nawet o ich jedzeniu :) W dodatku po raz pierwszy wtedy zaczęły mi się śnić "sny zawodowe". Jest to termin, który wymyśliłam biorąc na wzór wyrażenie "choroba zawodowa", a polega to na tym, że jeżeli przez wiele godzin i przez dłuższy czas, wykonuje się bardzo monotonną czynność, to wtedy zaczyna się nam ona śnić. Po takim śnie budzimy się tak samo zmęczeni, jak po dniu pracy. Mi się śniły pola truskawek! :) Pamiętam, że po jakimś czasie zaczęło nam już tak odbijać, że dla urozmaicenia zaczęliśmy przetwarzać znane nam wiersze i piosenki, zamieniając jeden z wyrazów na "truskawkę", na przykład "Truskawkowe pole rośnie wokół mnie" lub nawet "Truskawko, ojczyzno moja" :))) Zaśmiewaliśmy się przy tym, dostając tak zwanej "głupawki" ze zmęczenia :)

Przez parę kolejnych lat nie pracowałam zarobkowo, aż do momentu, gdy poszłam do liceum. Był to początek lat 90-tych i wszystko wokół zaczęło się zmieniać. Być może z powodu kryzysu, jaki nastąpił pod koniec lat 80-tych, żaden "okropny kapitalista" nie chciał nikogo zatrudniać? :) W każdym razie w wakacje po pierwszej klasie liceum wraz z trzema koleżankami pojechałyśmy autostopem do jakiejś wsi i pracowałyśmy tam jako "pracownicy sezonowi", znów zbierając owoce. Tym razem były to jednak głównie wiśnie, ale także wszystko, co akurat wyrosło - na przykład porzeczki czy agrest. Najbardziej zapamiętałam jednak te wiśnie, bo tak się fajnie rozpryskiwał z nich sok, jak się ścisnęło pełną dłoń (kolejna zabawa wymyślona z nudów :)

Mieszkałyśmy w osobnym domku, w bardzo spartańskich warunkach, ale świetnie się bawiłyśmy. Jak skończyłyśmy już tą pracę, to pojechałyśmy stopem do Krakowa, chyba wydać zarobione pieniądze. Pamiętam, że nad ranem wylądowałyśmy na pustym jeszcze rynku (nie pamiętałabym tego pewnie, gdyby nie zachowane zdjęcia :) i myłyśmy głowę pod pompą :) Potem poszłyśmy pod Wawel i położyłyśmy się na trawie nad Wisłą. Świeciło piękne słońce i wkrótce wszystkie zasnęłyśmy. Jak się obudziłyśmy wszędzie wokół zobaczyłyśmy porozstawiane barierki! Miasto było nimi tak zastawione, że nie mogłyśmy prawie przejść! Okazało się, że tego dnia do Krakowa przyjeżdżał papież, o czym nie miałyśmy pojęcia, bo byłyśmy przez pewien czas odcięte od świata :)

  

Truskawkowe pole oraz barierki na Rynku w Krakowie z powodu przyjazdu papieża.  

P.S. Moja świetnie rozpoczęta kariera "sezonowego zbieracza owoców" nie trwała długo. Następna praca, jaką znalazłam miała zupełnie inny charakter. Ale o tym w następnym odcinku :)

środa, 15 lutego 2006
2. Wycieczka do Bolton Abbey

Mało brakowało, a nie pojechałabym na wycieczkę do Bolton Abbey. Tego samego dnia rano w Muzeum Fotografii, Filmu i Telewizji były warsztaty fotograficzne, które miały polegać na tym, że znani fotograficy oceniają zdjęcia uczestników. Zapisałam się na nie i wysłałam czek na 15 funtów, ale nie dostałam żadnej odpowiedzi. W piątek zadzwoniłam do Muzeum, ale nikt nic nie wiedział, bo warsztaty organizował ktoś inny, korzystając tylko z ich pomieszczeń. Powiedziano mi zatem, żebym przyszła i dowiedziała się na miejscu. Wstałam rano, spakowałam zdjęcia i pojechałam do Muzeum. Na miejscu okazało się, że nie ma mnie na liście, ale że jeśli bardzo mi zależy, to wcisną mnie na rozmowę z jakimś fotografem mody! Powiedziałam im, że interesuje mnie raczej fotografia dziennikarska i że w takim razie dziękuję i mam tylko nadzieję, że czek do mnie wróci. Zapisali moje dane i obiecali, że czek oddadzą. Rzeczywiście, jakiś czas później wrócił pocztą.

Wróciłam więc do domu, zostawiłam ciężką torbę ze zdjęciami, zabierając ze sobą tylko aparat fotograficzny i pojechałam na dworzec przy Forster Square. Po drodze zadzwoniłam do domu, więc gdy na dworcu zaczęła się zbierać grupa, obserwowałam ich z boku, rozmawiając po polsku z rodziną. W końcu skończyłam rozmowę i podeszłam do nich. Wycieczkę prowadziło dwoje nauczycieli z college'u: szalenie zabawny Michael i bardzo miła Josie. Poza nimi był tam Andriej z Rosji z synem, dwóch Mohammedów, trzy Hinduski (których imion nigdy nie poznałam:), Lena z Łotwy, Krystian (ze Śląską :), dużo Hiszpanów (Rocio, Sonia, Nuria, Dolores, Laura, Jose), Sean z Francji i Piter z Węgier, z którym rozmawiałam, kiedy przyjechał pociąg, więc usiedliśmy razem, żeby dokończyć rozmowę. W Ilkley przesiedliśmy się na autobus. Razem z nami jechała grupa chłopców w strojach piłkarskich, którzy non stop krzyczeli "Ajax - Yeah!", potem nazwę jakiejś innej drużyny i "Buu!" :) Na początku było to zabawne, ale po jakimś czasie mieliśmy ich dosyć :) Na szczęście wkrótce dojechaliśmy do Bolton Abbey, czyli do ruin klasztoru w Bolton.

   

Malowniczy Bolton Abbey oraz Muzeum Fotografii, Filmu i Telewizji e Bratfoot.

Później poszliśmy nad rzekę, na piknik. Częstowaliśmy się nawzajem swoimi zapasami i poznawaliśmy się bliżej. W pewnym momencie odwróciłam się do tyłu i zobaczyłam obu Mohammedów modlących się w stronę Mekki. To był niesamowity widok, którego poza mną nikt chyba nie zauważył - dwóch młodych, ubranych nowocześnie chłopaków klęczących na swoich kurtkach i składających pokłony. Jeden jest z Arabii Saudyjskiej, a drugi z Syrii. Ten z Arabii Saudyjskiej jest podobno bardzo bogaty i mówi świetnie po hiszpańsku. Obaj byli bardzo otwarci i mili. Spotkałam ich jeszcze później parę razy na mieście. Po pikniku ruszyliśmy w trasę - przez 4 godziny szliśmy brzegiem rzeki z powrotem do Ilkley. W tym czasie poznałam większość osób i pogadałam prawie z każdym. Kiedy się dowiedziałam, że Sean jest Francuzem, oczywiście zapragnęłam poćwiczyć swój francuski (zresztą podobnie jak Michael, ale okazało się, że nie wiele potrafił powiedzieć :) Końcówkę spaceru przegadałam więc z Seanem i dowiedziałam się, że ma polsko-walijskie korzenie - niezła mieszanka :))) Na dworcu rozmawiałam z Mohammedem z Syrii, a w pociągu do Bratfoot z Laura, Dolores i Jose. Zgadałam się też dość szybko z Krystianem - tak jakoś wyszło, że byliśmy oboje duszą towarzystwa, więc od nas oczywiście wypłynął pomysł, żeby prosto z dworca pójść na piwo :) Udało się nam namówić połowę wycieczki, choć wszyscy byli bardzo zmęczeni :)))

Poszliśmy w 12 osób do "Goose", w samym centrum miasta, koło ratusza. Umówiliśmy się wszyscy, że spotkamy się wkrótce na kolejnej wycieczce z college'u, tym razem do Hebden Bridge. Tylko Sean powiedział, że za tydzień jedzie do Francji na wakacje i że wraca dopiero na przyszły semestr (studiuje fotografię w college'u :) Ale pozostali stwierdzili, że się postarają! Mi się bardzo spodobało, bo nareszcie wyszłam trochę do ludzi i naprawdę świetnie się bawiłam, więc postanowiłam przestudiować dokładnie program najbliższych wycieczek z college'u :) Czerwiec już się kończył i czekał nas jeszcze tylko egzamin z angielskiego "Skills for Life" i wakacje :) Pogoda wciąż była bardziej wiosenna niż letnia, ale z każdym dniem robiło się coraz ładniej i cieplej. Gdyby nie fakt, że musiałam chodzić do znienawidzonej pracy, życie byłoby piękne :)

Co było dalej można przeczytać na moim głównym blogu "Hello z Anglii" (http://annad9.blox.pl).

czwartek, 09 lutego 2006
1. Przerwa w życiorysie

Przez trzy miesiące nie prowadziłam bloga. Zaraz po mojej pierwszej podróży do Polski w czerwcu zeszłego roku poszłam do nowej pracy, która odebrała mi nie tylko ochotę do pisania, ale do życia w ogóle :) Co wieczór musiałam się znieczulić, a co rano zmusić żeby wstać i pójść do znienawidzonej roboty. Zanim pojechałam do Warszawy, wydawało mi się, że wszystko jest super - poszłam na pierwszą rozmowę o pracę w Anglii i od razu ją dostałam. Problem polegał jednak na tym, iż byłam pewna, że jej nie dostanę, bo oprócz mnie starało się o nią 15 tubylców :) W związku z tym nie słuchałam zbyt dokładnie tego, co do mnie mówili na temat zakresu moich obowiązków. Myślałam, że praca będzie podobna do tej,  którą wykonywałam wcześniej w Human Resources czy innym dziale Pomocy Społecznej. Tymczasem okazało się, że to zupełnie co innego i już pierwszego dnia stwierdziłam, ze szukam innego zajęcia. Chciałam nawet wracać do mojej agencji pracy, choć w Olicana House proponowano mi umowę na czas nieokreślony, a w agencji nie płacą nawet za święta państwowe! Ale Saj, mój były szef, przekonał mnie, żebym podpisała umowę i namawiał, żebym została u nich przynajmniej do grudnia, zapewniając, że potem na pewno awansuję. Umowę podpisałam, ale powiedziałam mu od razu, że szukam nowej pracy.

W Olicana House znajduje się główna kwatera tutejszej Pomocy Społecznej, a to dobra państwowa firma. Poznałam tam bardzo fajnych ludzi, z którymi świetnie się później bawiłam. W tym samym czasie poznałam też ludzi z całego świata, z którymi jeździłam na wycieczki. Pogoda dopisywała, lato było dość ładne, choć poza dwoma weekendami nie było upalnie. Ogólnie zatem miło wspominam zeszłe lato w Bratfoot - wszystko, z wyjątkiem pracy. Na szczęście po miesiącu znalazłam w gazecie nową pracę, a po dwóch miesiącach (obowiązywało mnie miesięczne wypowiedzenie) odeszłam. Stąd przerwa na moim głównym blogu, którą chcę teraz nadrobić. W czasie tych miesięcy, które chciałam wykreślić z życiorysu, poznałam bowiem ludzi, z którymi spotykam się do dziś i dzięki którym Bratfoot ma ludzką twarz :) Znalazłam też mieszkanko, z którego jestem dość zadowolona i pracę, do której nie muszę się zmuszać :) Obie sprawy były ze sobą powiązane - zaraz po rozmowie o pracę na uniwersytecie obejrzałam mieszkanie i postanowiłam, że je wezmę, jeśli dostanę tą robotę :) I udało się! :) Po dwóch dniach zadzwonili do mnie z uniwerku, a ja zadzwoniłam do agencji wynajmu :)

Tuż przed przeprowadzką przyjechała do mnie w odwiedziny moja siostra. Pojechałyśmy razem do Londynu, Yorku,  Manchesteru, Leeds, Harrogate i Haworth. Po jej wyjeździe zaczęłam nową pracę i byłam bardzo szczęśliwa. Drugi raz pojechałam do Polski dopiero na Święta i Nowy Rok. I znów przed wyjazdem wydawało mi się, że jest super. Byłam dość zadowolona ze swojej sytuacji, a po powrocie miało być jeszcze lepiej, bo tuż przed wyjazdem podłączyli mi wreszcie Internet! Tymczasem wszystko poszło źle i teraz jestem przekonana, że od 1 stycznia 2006 roku mam pecha! :) Po trzeciej wycieczce do Polski stworzyłam na własne potrzeby teorię, która mówi, że gdy wyjeżdżam, wszystko mam jako tako poukładane, a po powrocie wszystko staje na głowie. Dlatego postanowiłam w najbliższym czasie nie jechać do Polski :)

  

Znienawidzony przez mnie Olicana House i moje nowe miejsce pracy - Richmond Building.